Jest rzeczą niezbędną dla życia duchowego mieć ludzi, o których możemy bez zastrzeżeń wypowiedzieć wszystkie najpiękniejsze uczucia: i dumę człowieczą, i radość nieskrywaną, których umieszczamy bez obaw na piedestale chwał i bez ograniczeń odnajdujemy w nich to, co szczerze piękne i zachwycające.
Wydaje się to ważne w czasach, gdzie odzieranie z godności i piękna, czy konsekwentna pogarda dla rzeczy wzniosłych, sięgają zenitu. Co więcej, wydaje się również, że tacy ludzie to niezwykły i rzadki dar wspaniałego Boga. Kościół na ich życiu przybija pieczęć świętości i osadza ich słowa i czyny, jak ewangeliczny gospodarz, w skarbcu świetności (por. Mt 13, 52). Oni nie tylko zdali egzamin życia, okazując męstwo w przestrzeni boskich dokonywań, lecz potrafili wydobyć z głębin człowieczych coś, co trudne i doniosłe. Ujawniają w ten sposób format bycia człowiekiem, rozpięty pomiędzy czasem ziemi i czasem nieba, pomiędzy przemijaniem i nieskończonością. Kościół okrywając ich nimbem świętości, uznaje powagę przeżytych "wieków" (Mdr 4, 13), a Bóg pozwala, by słowa, które pozostawili, jeszcze skuteczniej karmiły. Przedziwne jest to powiązanie słów z duchem, niezwykła ich doniosłość i gościnność. Dzięki temu wielkie słowa mogą gościć nas, mogą gościć u nas we wzajemności ugoszczenia. Taka jest tajemnica świętości. Potrzeba nam słów, które zapraszają w wysokie dziedziny, pomagają odnaleźć nieznane perspektywy, szybując jak orły, dzielnie prowadzą pośród meandrów współczesności. Rozsadzają one zwłaszcza przyczynę wszelkiej nudy - programową banalność życia. Promowanie ogłupionej codzienności, szukanie "wzniosłości" w prymitywnych zachowaniach, pozbawianie chwały i subtelności, a "hodowanie" wygłodniałego zwierza, uważam za jedną z największych krzywd, wyrządzanych człowiekowi przez doczesność. Myślę, że dopiero w "zderzeniu" ze świętością człowiek zaczyna rozumieć, w jak małym formacie żyje, jak "karleje" pod przemożnym wpływem reżyserów współczesności. Taki, wydaje się, był największy dar Jana Pawła, wypowiedziany w sporze o człowieka: odzyskać i uchronić jego wielkość prawdziwą; w sporze z historią, zwłaszcza z tą totalitarną, w sporze z piewcami zgubnego humanizmu bez Boga, a ostatecznie i bez człowieka. Czynił to przez odzyskanie duchowej perspektywy, tzn. odzyskując człowieka dla Boga. Można by mówić o "narastaniu odzysku". Sądzę, że dzień jego śmierci szczególnie w to zaobfitował. Pokazał, jak "człowiek-słowo" w śmierci ożywa i owocuje życiem. Stał się pomostem do Życia dla wielu.
Można by zapytać, jakie słowo charakterystyczne pozostało po nim. Dla mnie to słowo "przekroczyć", czemu dał wyraz przy progu nadziei. Mamy różne progi, różne granice. Słowo i postawa "przekroczyć" jest tu szczególnie eksponowana i zagrożona. Wielu interpretuje to jako dowolność przekraczania, zwłaszcza porządku Bożego, ale ci jednocześnie żyją szczelnie zamknięci w swoich światach - jedynych możliwych dla siebie. Tacy, głosząc świat bez granic, znoszą je, gdyż nie znoszą słowa "granica" czy "ograniczenie". Inni, chcąc położyć granice szaleństwu czy wątpieniu, cały wysiłek kumulują w budowaniu zapór czy murów ochronnych.
W dziedzinie przekraczania wymagana jest głęboka mądrość. Jest bowiem mizerność i miernota konieczna do przekroczenia; jest miara ludzka, z natury zbyt ciasna, by osiągnąć pełnię. Lecz nie można uczynić tego bez pokory, bo w pysze przekraczanie staje się zrywaniem z łańcucha i przekroczeniem. Jak jednak duchowi ludzkiemu dać boską lotność, jak wyrwać go z granic doczesności, która kroi format człowieka pod własny fason, pozostaje niepokojem wieków. Odpowiedź formułuje się w nadziei, ofiarowanej przez Odkupiciela. Taką odpowiedź zostawia polski papież.
o. Marian Zawada OCD