home

Ziemia jest twoim okrętem, nie siedzibą.
Newsletter

Jeśli chcesz dostawać informacje podaj swoje imię i adres e-mailowy

 
 

Słowo zwyciężające, czyli kilka refleksji o Teatrze Rapsodycznym

     Pod tą inwokacją, wypowiedzianą w III rapsodzie Króla-Ducha Juliusza Słowackiego, z pewnością podpisałby się zarówno sam Mieczysław Kotlarczyk, twórca Teatru Rapsodycznego, zwanego nieraz Redutą Słowa, jak też - czujący i myślący Ojczyzną aktor tegoż teatru - Karol Wojtyła - Jan Paweł II.
Obaj zresztą podpisali się pod nią faktycznie, gdyż właśnie Król-Duch stanowił jedną z ważniejszych inscenizacji realizowanych przez "rapsodyków". Od rapsodów, z których składa się Król-Duch, wzięła się zresztą nazwa teatru.

     Wpisując się w nurt twórczości tak bardzo polskiej, której przyświecają imiona naszych wybitnych poetów - Słowackiego, Mickiewicza, Krasińskiego, Wyspiańskiego, Rostworowskiego - dali oni wyraz przekonaniu o potędze słowa, które pozwala przetrwać, ocala, daje zwycięstwo - naszej ojczyźnie ziemskiej, widzialnej, ale również tej niewidzialnej, stanowionej przez wiarę, moralność, człowieczeństwo.

     Gdy dzisiaj wspominamy słowa wypowiadane przez Jana Pawła II wobec rzeszy wiernych gromadzących się na placach krajów, które odwiedzał, i podziwiamy siłę ich oddziaływania, nie możemy zapomnieć o korzeniach tego niezwykłego przywiązania do słowa i zaufania wobec ukrytej w nim mocy. Korzenie te sięgają czasów trudnych, "hiobowych" dla Polski i świata, kiedy to w Krakowie grupa zapaleńców, tworząc konspiracyjny teatr, próbowała ocalić najcenniejsze wartości: prawdę, dobro, piękno, a także wolność - polityczną i duchową.

     Teatr Rapsodyczny, zwany Teatrem Słowa, zgodnie z koncepcją Kotlarczyka "narodził się z zachwytu nad słowem i [...] został zarazem przez to samo słowo całkowicie zrewolucjonizowany. Słowo autonomiczne, a nawet autokratyczne, absolutnie podporządkowujące sobie wszelkie inne elementy sztuki teatru." Budował swój repertuar na bardzo przemyślanych i wyrazistych założeniach. Pisze o nich Karol Wojtyła w swoim artykule Rapsody Tysiąclecia w 1958 r. Po pierwsze - pietyzm dla wielkiej poezji, dla słowa poetyckiego, i potraktowanie zadania jego głoszenia jako powinności moralnej. Po drugie - jako konsekwencja tego pietyzmu - niezwykła dbałość o przygotowanie recytacji tekstu, zmierzająca do wydobycia z niego różnorodnych "ułamków piękna". W praktyce warsztatowej oznaczało to położenie dużego nacisku na wypracowanie doskonałej techniki mówienia. Następnie - zrezygnowanie z właściwej aktorom pokusy całkowitego "wcielenia się" w graną postać. Tekst bowiem, przy bardzo ograniczonej "grze" gestów i scenografii, zabezpiecza przed indywidualizmem aktorskim, wysuwając na pierwszy plan treść recytowaną, niejednokrotnie recytowaną chórowo. Słowo jest jak gdyby proklamowane. Nie stanowi ono własności aktora, lecz ma uwznioślać zarówno recytującego, jak i słuchacza.

     Utwory wybierane do inscenizacji były zawsze dziełami trudnymi. Ich włączenie do repertuaru wymagało wielkiej odwagi ze strony dyrektora i twórcy teatru, z drugiej jednak strony, co zauważył Wojtyła, przynosiło pewnego rodzaju smak wielkiej przygody artystycznej. Każde wielkie słowo, potraktowane odpowiedzialnie, z poszanowaniem jego autonomii, wynikłej z zakorzenienia w prawdach najwyższej wagi, oznacza przygodę. Jest bowiem narzędziem doskonalenia człowieka, jego wychowania, a więc odkrywania tkwiącego w nim potencjału. Stanowiąc potężny fundament, umożliwia rozwój. Jest słowem budującym.

     W jednym z listów Wojtyła wyznał Kotlarczykowi: "Wierzę w Twój teatr i  chciałbym go koniecznie współtworzyć, bo on byłby różny od wszystkich [...] i nie łamałby człowieka, ale podnosił i zapalał, i nie psuł, ale przeanielał".

     Od samego początku przyszły papież wyraźnie dostrzegał ogromne możliwości tkwiące w słowie. Ono jest bowiem głównym nośnikiem treści, odsuwając na dalszy plan inne środki wyrazu: scenografię, rekwizyty, muzykę. Przy jego pomocy w Teatrze Rapsodycznym stawiano "problem", który zaciekawiał widza, budził jego wątpliwości, niepokoił, domagał się rozstrzygnięcia. Tak wydobyta treść dojrzewała dopiero w gesty aktorskie - oszczędne, wyraziste, precyzyjne, czerpiące rytmikę z rytmu słów.

     Charakterystyczną cechą przedstawień w Teatrze Rapsodycznym były partie chórowe, posiadające szczególnie doniosłe znaczenie, wzorem dramatów antycznych. Chór to "żywioł słowa" potężnego, działającego czystą mocą własnego przekazu. Nietrudno zauważyć tutaj bliskość takiej koncepcji słowa z proklamacją, mającą miejsce w obrzędzie liturgicznym.

     Słowo "niczym niepożyte" i "zwyciężające" dokonywało swego dzieła we wspólnocie osób uczestniczących w jego przekazywaniu i poprzez te wspólnotę. Bez niej pozostałoby martwe. Aby taką wspólnotę słowa zgromadzić, sięgali aktorzy Reduty Słowa do dzieł wybitnych, ponadczasowych, nie tylko z zakresu literatury Polskiej, ale i światowej. Zmaganie z głębią w nich zawartą było zarazem swoistą próbą sił samego teatru, ale też i społeczeństwa, zagrożonego w swojej wolnej egzystencji.

     Gdy przyglądamy się rapsodycznej koncepcji teatru, wypracowanej przez Mieczysława Kotlarczyka, w której kształtowaniu Karol Wojtyła odegrał bardzo znaczącą rolę, musimy zdawać sobie sprawę z jej powiązania z doświadczeniem człowieka poza deskami sceny teatralnej. Przedstawienie nie może być jedynie odskocznią od spraw codziennych, tak jak słowo nie może być jedynie zabawką. Przeciwnie - ma ono pokazywać kierunek, wychowywać, umacniać w widzu, a przecież także w samym aktorze, to co prawdziwe, dobre i piękne. Ma pomagać mu stawać się bardziej człowiekiem.

     Pielęgnowanie słowa jest zawsze pielęgnowaniem myśli. Dając - zgodnie z zamysłem Kotlarczyka - jak najwięcej szans na jego dobre wypowiedzenie, pozostawiając mu o wiele więcej przestrzeni, niż w innych teatrach, stwarza się zarazem przyjazne środowisko ludzkiej myśli, nie uciekającej przed problemem, lecz próbującej się z nim zmierzyć. "Teatr - napisał Wojtyła - którego elementem pierwszym jest słowo, pociąga za sobą konieczność myślenia. Ta konieczność [...] ze strony słuchaczy-widzów jest nieuniknionym warunkiem uczestnictwa w przedstawieniach rapsodycznych."

     Taką konsekwencję widzimy w późniejszej posłudze kapłańskiej, biskupiej i papieskiej wielkiego Polaka. Twierdzenie o istnieniu nici łączącej krakowskie doświadczenia teatralne Karola Wojtyły z jego posługą słowa głoszonego z ambony i z papieskiego tronu z pewnością nie jest nadużyciem. Jan Paweł II niewątpliwie był  mężem słowa.

     Teatr Rapsodyczny nie miał łatwego istnienia, tak jak słowo nie zawsze jest łatwe. Po wojnie stał się na krótko teatrem "oficjalnym", zalecanym szkołom, jednak bardzo szybko jego drogi rozeszły sie z drogami władz w komunistycznej Polsce. Rozwiązany w 1953 r., reaktywowany kilka lat później, w końcu zaś definitywnie zlikwidowany, nie odniósł medialnego "sukcesu". Mieczysław Kotlarczyk do końca wierzył, że teatr się odrodzi, nie doczekał jednak tego momentu. Zmarł w 1978 r. - na krótko przed powołaniem Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. Przyszły papież, jeszcze jako krakowski arcybiskup, zdołał odprawić uroczystości żałobne nad jego trumną.

     W innym jednak wymiarze, być może o wiele ważniejszym, Teatr odniósł zwycięstwo - w osobie Papieża-Polaka, syna ziemi słowiańskiej - nazwanej przez autora Króla-Ducha "ziemią Słowa".

o. Krzysztof Żywczyński OCD

Człowiek Słowa (24)
Aktualności
Jak się modlić?


Wszystkie Zobacz więcej
Czas na słowo
\"\"
 
Błogosławiony Ten,
który przychodzi w imię Pańskie


Wszystkie Zobacz więcej Czas na słowo

Czasopismo | Redakcja | Przyjaciele | Dystrybucja | Współpraca | Kontakt | Linki                         Strona główna | Wstecz | Do góry

Copyright © 2007 by Głos Karmelu, projekt i wykonanie serwisu: Indecity